Nawigacja
Iza Staszczyszyn: Wędrownicze trzy pióra...
Dzień I – Próba milczenia


No tak. Kolejna wędrówka. Tym razem muszę zbadać ścieżki idące od Stanicy Harcerskiej w Milówce na Halę Michalskiego, następnie zejść niebieskim szlakiem na Halę Boraczą, zmienić szlak na zielony, wejść na Lipowską i stamtąd czerwonym szlakiem do Węgierskiej Górki. W dodatku w ciągu dwóch dni :|. Ale kto powiedział, że będzie łatwo?
Pobudka, godzina 5:50. Od tej pory przez 24 godziny nic nie mogę powiedzieć. Pakuję kanapki, jeszcze tylko Przyjaciel dorzuca plasterki salami i wychodzę. W miarę podróży krajobraz za oknem niewiele się zmienia, lecz im dalej na południe tym więcej pada. Heh... Dobrze, że mam Przyjaciela. Przynajmniej teraz nie zmoknę, dzięki kurtce przeciwdeszczowej;). Szybki desant na stacji w Milówce i już jestem na zielonym szlaku. Deszcz ostro zacina, trzeba szybko wyjść z miasta skryć się pod drzewa. Skręt, tabliczka „do stanicy” i nagle przestało padać. Hmm, coś tu pachnie... Mięta! Przyda się na wieczorną herbatę:). Dochodzę do stanicy, czas przejść przez rzeczkę i zaczynamy wędrówkę na szczyt. Tylko czy to będzie ta ścieżka? Jednak nie, ale to okazuje się dopiero jak dochodzę do hali z kilkoma domostwami. Czyli nie tędy droga. Schodzę zboczem, może gdzieś natrafię na jakąś ścieżkę. Wchodzę ponownie na zielony szlak, trzeba ruszyć na Lipowską, nie wiadomo kiedy tam dotrę a potem przecież jeszcze miejsce na nocleg muszę znaleźć. Słońce świeci coraz mocniej. Ale to tylko chwilowe wypogodzenie. W połowie drogi między Halą Boraczą a Lipowską znowu zaczyna się chmurzyć. Co za cisza. Jak dotąd spotkałam kilkoro ludzi i to w dodatku niedaleko schroniska na Boraczej. Jagody i maliny zaspokajają głód, woda ze strumyków pragnienie. Słychać świergot ptaków gdzieś z dołu góry. Gęsta mgła spowija szczyt. Niesamowite uczucie przeniesienia się w jakiś inny świat. Ale to wszystko pryska przy schronisku, gdzie można zauważyć fioletową krowę koło huśtawek dla dzieci i ławki z fioletowymi zdobieniami z napisem „Milka”. Ach, te alpejskie klimaty;).
Krótka przerwa na Rysiance. Dopiero 13.00... Gdzie pójść dalej? Kozi Grzbiet czy Rezerwat Romanka? Rezerwat, może uda mi się spotkać występującego tam wilka, rysia albo niedźwiedzia;). Mykam żółtym szlakiem, aż tu nagle zauważam, że dawno nie widziałam znaku ze szlakiem. Droga, którą szła wyprowadziła mnie w pole w sensie dosłownym i w przenośni... Echhh.... Dobra, mam szlak, to teraz nadrobię stracony czas. A może i nie... Mijam tablicę informacyjną, choć raczej była to brama cmentarna... Wszędzie wokół martwe drzewa, cisza, jedynie czasem jakiś ptak przeleci nad drogą. Nastrój świętości. Cmentarz, do którego powstania przyczynił się człowiek zatruwając powietrze. Na szczęście powoli na tych starych wiatrołomach rozwija się młody wysokopienny las świerkowy, który będzie już odporny na kwaśne deszcze i inne „prezenty” człowieka dla natury... Jestem na szczycie, a przecież jest ledwo po 15... Szybka decyzja: schodzę w kierunku Bystrej i odbijam na Węgierską Górkę i jestem tam przed wieczorem czy kieruję się na Żywiec, do którego mam według drogowskazu 6h30min? Zdecydowanie Żywiec, nawet jak dzisiaj tam nie dojdę to przecież miały być dwa dni wędrówki. Kierunek: północny-wschód. Byle jak najszybciej opuścić to smutne i dzięki temu przerażające miejsce.
Kotarnica, w końcu jakieś znajome tereny, Hala Juraszkowa, Łazy czyli już za niedługo będę przechodzić przez Sopotnię... Przedsmak miasteczka- porządna leśna droga. A tuż obok niej strumyczek, w końcu uzupełnię zapasy wody. Szkoda, że jest tak wcześnie, dopiero 18, tuż obok stoi ambona, nie musiałabym sie martwić o nocleg. Cóż, zobaczymy co będzie dalej, pewnie pod koniec dnia sam się znajdzie jakiś naturalny szałasik albo inne miejsce odsłonięte od deszczu i wiatru. I znowu mi szlak zniknął;/. Kolejne stracone minuty. A zaraz potem kolejne, czy to takie skomplikowane szlak porządnie oznaczyć?! Ech, szkoda słów. Noga za nogą, cały czas pod górę. Ciężka trasa, choć jak się już wejdzie na górę to pewnie potem trzeba z niej zejść ;). Rozwidlenie, jakiś żółty szlak, super mam 3/5 trasy z Kotarnicy do Żywca za sobą. I całkiem spory zapas czasu przed zmrokiem. Teraz tylko na Pawlacki Wierch i już jest z górki. Las wydaje się taki niegościnny jak się schodzi... Dziwne odczucie. No nie, gdzie ten szlak??? Chyba nie na tej wąziutkiej ścieżynce między świerczkami? Mogliby to jakoś porządnie zaznaczyć, dobrze, że jeszcze nie jest tak kompletnie ciemno. Przebijam się, coś zahaczyło o karimatę, jakaś gałąź jeżyny weszła mi się do sandała, tu znowu poślizgnięcie na błocie... Ale już niedaleko, byle do Trzebini, stamtąd już blisko do Żywca, jutro z samego rana do niego ruszę. Wychodzę z lasu, mijam jakieś zabudowania. Szybciej, szybciej, gdzie jest tablica z nazwą miejscowości. Ludzie przyglądają mi się dziwnie, pewnie nie potrafią sobie wyobrazić jak można w taki deszczowy dzień po górach chodzić. Cóż, kwestia upodobań:). Kolejny zakręt, „Żywiec”. Nieźle. Tego się nie spodziewałam. Teraz zejść z drogi gdzieś w las. Hmm, rzeczka, będzie trochę chłodniej w nocy, ale za to nie widać mnie za murem z traw i ziół, gałęzie w najwyższym punkcie mam metr nad głową a dalej cały czas się zniżają. Deszcz mnie w nocy nie zaskoczy dzięki gałęziom, które tworzą dach prawie taki jak w szałasie. Po prostu idealnie! Karimata już rozłożona, teraz przykryje buty i spodnie kurtką tuż obok niej i zabieram się za kolację. Wyciągam chleb i pasztet ale jakoś nie mam ochoty na jedzenie. O wodzie mogę sobie jedynie pomarzyć, ostatnie jej krople wypiłam dawno temu. Do rana nic mi nie będzie...
Budzę się, kurcze już po 4:30. Pakuję się szybko i opuszczam swoje nocne schronienie, w którym mogłam odpocząć po 11 godzinach prawie nieustannej wędrówki. Godzina i już jestem na dworcu. Skończyłam próbę milczenia, teraz jedynie wystarczy poczekać na pociąg.

Dzień II- próba głodu

Próba najprostsza do wykonania, a najtrudniejsza do opisania. Co tu opisywać. Walkę z ciągłym uczuciem pustki w brzuchu? A może zrozumienie, które przychodzi w końcu, zrozumienie, że własne potrzeby i odczucia można w pewnym stopniu opanować, można z nimi walczyć. Wola, czym ona jest, jak ją wzmocnić. Zaspokajanie podstawowych potrzeb może być chyba jakimś sposobem. W jaki jeszcze sposób można ćwiczyć silną wolę?
Chodząc wśród obozowiczów zadaję sobie pytanie: iść z nimi na posiłek czy też nie? Idę, w końcu im trudniej tym lepiej... Mmm, mięsko pachnie, w żołądku czuję rewolucję, a kiszki grają mi marsza albo i IX symfonię, w końcu to kozi żołądek jest;). Ufff, koniec. Szybko na obóz napić się wody. Jeszcze tylko kilka godzin... Czy oni wszyscy muszą wciąż jeść? Słodycze, chipsy, coca-cola... Eeehhh... trzeba by chwycić się za jakąś robotę. Szybciej to wszystko pójdzie. Po pewnym czasie nawet nie odczuwam głodu, wystarczy tylko, że dużo piję i zajmuję się czymś, czymkolwiek. Myśli powoli odpływają ode mnie, kontakt ze światem zanika. Czasem tylko komuś zdarzy się zburzyć ten spokój. Kolacja. A więc już niedługo. Spokojnie czekam aż reszta skończy jeść. To ostatni posiłek, którego z nimi nie dzielę ;). Parę łyków herbaty i wszyscy skończyli. Teraz tylko codzienne wieczorne czynności i obudzę się gotowa do ostatniej próby...

Dzień III – próba lasu


Kocham las. Uwielbiam, gdy dookoła mnie nie ma żywej duszy. Wspaniałą jest ta cisza i szepty drzew. Samotność, refleksje, spokój, harmonia. Jednocześnie czuję się niezwykle mała, a w tej samej chwila bliska z otaczającą mnie Naturą. Promienie słońca, którym udało się przebić przez warstwę ołowianych chmur, stapiają się w wielobarwną mozaikę z żywymi, potężnymi istotami, które już za kilka miesięcy ponownie stracą swe oszałamiające piękno.
Wydaję się tak mało istotnym elementem drogi, którą podążam na drugi koniec kwartału. Spokojnie mijam olbrzymie kałuże, wciąż z daleka słyszę warkot piły. To niesamowite ile drzew znika codziennie podczas wyrębu.
Samotna wędrówka, ale czy na pewno? Wokół pełno leśnych ......., a dusza każdego z nich po cichu opowiada swą historię. Las zdaje się zasłuchany w opowieści, które tworzy.

pwd. Iza Staszczyszyn


-------------------------------------------------
Nr HR-a: 2/2009

Social Sharing: Facebook Google Tweet This

61
wyksztalcioch dnia kwiecień 29 2009 01:01:26

A u mnie próba milczenia wygląda trochę inaczej - cały dzień siedzi się w obozie i uczestniczy w normalnym życiu. Daje to więcej możliwości do wygadania się (ja ostatnio wtopiłem odpowiadając przechodzącej pani "Dzień dobry" Smile, ale jest imo trudniej, a przez to ciekawiej.

1
sikor dnia kwiecień 29 2009 01:43:21

Bo widzisz Słonek tu chodzi o cel tej próby. Oczywiście celem może być kształcenie samokontroli. Im więcej ludzi wokół tym trudniej się pilnowac by czegos nie palnąć. I muszę Ci napisac że i tak też u nas bywa. Tyle że Iza z tym na bank nie miałaby problemu... Więc po co ?
Odpowiedzią jest indywidualizowanie próby a nie tylko powilanie. Każdy jest inny a więc i próba się rózni. W zarysach sa one podobne. U Izy ta doba milczenia miała raczej przeznaczenie filozoficzno-odważne. A więc z jednej strony wędrówka która zawsze przynosi nam COŚ, a z drugiej samotność w górach, w lesie, na obcym terenie ze świadomością, że nawet nie bardzo można spytać o drogę, poprosić o bilet w kiosku czy o szklanke mleka u gospodarza. Takie wyalienowanie też bywa rozwijające Smile

12
slonko dnia kwiecień 29 2009 01:52:48

Słonek?;>

1
sikor dnia kwiecień 29 2009 11:32:36

Smile Smile Grin aaaaaaaaa hyh pomyłka... Oczywiście to do Wykształciucha Wink Sorki Smile

10
MaciekP dnia kwiecień 29 2009 12:45:31

Taaa
Mój ulubiony tekst z 3P:
- Wygadałeś się już?
- Jeszcze nie...
Grin

61
wyksztalcioch dnia kwiecień 29 2009 17:39:51

No pewnie tak, ale byłem ciekaw, czy u Was tak zawsze, czy moje środowisko jakieś specyficzne, czy jak Wink

Co do ulubionych tekstów z próby milczenia (tylko, że nie na 3P) to było: -Otwieram Ci próbę milczenia
-Już?

Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.